Problemem, z którym się borykam jest to, że jestem studentką i nie mieszkam na stałe w Zabrzu. Kiedy mam wolne na uczelni, wracam do domu, często jest to kilka dni, nawet tygodni. Co zrobić z kotem, któremu nie zdąży się znaleźć domu? Moje wątpliwości rozwiała dziewczyna z fundacji, przecież nie tylko studenci wyjeżdżają na kilka dni, każdemu się to zdarza. Domy tymczasowe wyglądają na formę wszechstronnej pomocy: ty nie możesz, ja zajmę się Twoim zwierzęciem, ja wyjeżdżam, ty to zrobisz. Uff..

Myślę, że przygotowania prowadzę raczej w głowie, żeby nie zżyć się zbyt z podopiecznym. Ja nie mogę się z nim zżyć, mam limit kotów własnych przekroczony. Nie tylko Peljaszka, który mieszka ze mną w Zabrzu, ale w domu są jeszcze dwa stare koty. Po pierwsze jedzą szalone ilości, zrzucają sierści kilogramy, choć są krótkowłose, a poza tym nie do końca się lubią i "ustawki" składające się z trzech kotów to już okropna jatka. Szczególnie Nikita nie lubi innych kotów, już i tak znajda Peliks nadszarpnął jej nerwów.
Inne sprawy organizacyjne? Karmę i żwirek dla "podopiecznych" będę dostawała od fundacji, dlatego moje wydatki się nie zmienią. Będą wynosiły "równowartość" jednego kota. I ewentualne leczenie fundacja też opłaci. Tylko poproszono mnie o wstawienie moskitiery w okno, mój kot nie ma zapędów "wyskokowych", ale wolałabym nie gonić kota po całym osiedlu.
Układ wydaje się idealny. Jeszcze tylko tydzień tego wyczekiwania!