czwartek, 6 grudnia 2012

Wymagam skupienia!

Oczywiście wymagam go od kotów, szczególnie małych. Przyzwyczaiłam je do kuwety "pod ręką", ale każdy powinien znać swoje miejsce, nawet kuweta, więc plastiki wywędrowały do łazienki. W tym momencie to raczej nie koty się skupiają, co ja, żeby wyłapać każdego i skierować na jedną słuszną drogę.






Parę dni temu dostałam od fundacji wielką paczkę, a w niej 15kg karmy i kuwety, miski, a co najważniejsze dla kotów- zabawki. Furorę robi piłka z dzwoneczkiem, nie wiem czemu, szczególnie w nocy! :)




niedziela, 25 listopada 2012

Słodka droga przez mękę!

Lusia
Maluchy, nie powiem, dają w kość. Poranek wygląda tak:
Pchełka
- sprawdzenie czy żaden z pchających się do łóżka nie został przygnieciony w nocy,
- sprawdzenie czy wszystkie trafiły do kuwety, niestety z tym się łączy złorzeczenie na wszystkie koty świata,
- wyłapanie i podzielenie zwierzyny na duże i małe,
- przemycenie małym antybiotyków w karmie i pilnowanie, żeby każdy zjadł jedną porcję,
- zachwyt nad urodą kociąt i ogólne uwielbienie wszystkich kotów świata.
Czyli koło się zamyka.



Peljaszka i Luśka już kociaki małe tolerują, Peliks nawet próbuje się z tymi mikrusami bawić. Jeżeli o zabawę chodzi to maluchy pobijają rekordy. Z każdą chwilą są coraz wyżej i w coraz ciekawszych miejscach. Pchełka już jest na tyle zdrowiejąca, że nie odstaje w kocich zabawach ani na krok!
Piotruś Pan
Z moich obserwacji:
Piotruś Pan, nazywany też Cypiskiem, jest żywy, odważny ale też baardzo przytulaśny.
Skierka







Skierka wciąż troszkę wycofana, chodzi własnymi ścieżkami. Prawdziwa iskierka, przebiega w szale i potem znika. Strasznie ciekawskie kocie. A oczy ma najpiękniejsze! Nie mogę się napatrzeć.




Z Pchełką coraz lepiej, oczko ma coraz większe, prawie już nie kicha. Najmniej się boi i jest zdecydowanie najbardziej cwana. Wie gdzie się położyć, żeby było najcieplej, miauczy najgłośniej prosząc o jedzenie.
Komputerowy maniak- Pchełka

piątek, 23 listopada 2012

Dzień dobry! Jesteśmy!

Przed zimą nasilone zgłoszenia o bezbronnych kotkach bombardują fundację. W tym momencie jest 5 miotów do uratowania, a to na pewno nie koniec. Nie potrafiłam ich nie przyjąć, pomimo że na początku w mieszkaniu był sajgon, nie mogłam. Przyjechały do mnie w środę popołudniu. Słychać je było na całej klatce- płacz trzech maluteńkich kociąt. Dwie czarne kotki i jeden pręgowany kocurek, w typie ocicat, jak nic! Zaniedbane kociątka- obraz rozpaczy, chudziutkie z wystającymi kostkami. A najmniejsza z nich ma koci katar (świszczy przy oddychaniu- przynajmniej wiem gdzie jest, chrapie jak śpi, kicha całymi seriami i niestety ma zapuchnięte oczka, szczególnie jedno). Mała dostaje krople i antybiotyk. Zdrowieje, bo apetyt ma coraz większy!




Przyjechały malutkie, niedożywione i dzikie. Środa i czwatek upłynęły nam na chowaniu się za łóżko, do szafy. Każdy mój ruch był sygnałem- uciekamy! Podanie lekarstw było prawdziwym polowaniem.
Wczoraj wieczorem udało nam się z Magdą maluchy oswoić, już nie uciekają, bawią się na całego, wdrapują na łóżko i co najważniejsze- załatwiają się już do kuwety!
Złapały to błyskawicznie, po dwóch- trzech wpadkach teraz jestem spokojna, że wracając po zajęciach nie zastanę niespodzianek w kątach! Reakcja Peliksa i Milusi nie była zaskoczeniem- są zagubione, wściekłe, szczególnie czarny, który warczy, zgrzyta i syczy. Luśka już pogodziła się ze zgrają skaczących myszek (bo są niewiele większe). Przyjmuje to ze stoickim spokojem, jak to na nią przystało.

Pchełka



Pchełka jest najmniejsza, najsmutniejsza i najkochańsza. Ma zapuchnięte oczka, świszczący nosek, ale jako jedyna nie bała się mnie. Przykucnęła sobie na kocyku i spała bardzo dużo. To dobrze, bo podobno podczas snu się zdrowieje. Raz skusiła się na żółtko jajka i od tego czasu apetyt jej dopisuje, co dobrze rokuje. Nie wiadomo czy jedno oczko nie będzie wymagało interwencji chirurgicznej.

Skierka
 Skierka- bała się mnie najbardziej, ale jak tylko zapominała, że jestem w pokoju, biegała i skakała jak szalona! Żywa iskierka. Ma uroczy kocięcy wytrzeszcz i choć drobniejsza od brata walczy z nim zajadle.













Piotruś Pan- prosto z Nibylandii. Zadziorny i bardzo inteligentny kocurek. Pierwszy załapał kuwetkowy savoir- vivre. Razem ze Skierką szaleją po całym mieszkaniu. A jako jedyny przyszedł dzisiaj w nocy do mnie,przytulił się i zasnął. To będzie pieszczoch!
Piotruś Pan

sobota, 17 listopada 2012

Leniwa sobota

Ekwilibrystyka dzień 1
Koty z fundacji pojechały na akcję adopcyjną do Gliwic, a Luśka na fajrant i leni się niemiłosiernie, bo ja muszę się uczyć. Ma już swoje ulubione miejsce do rannych, południowych i popołudniowych drzemek- fotel w paski na którym świetnie się prezetuje: 
Jest już bardziej śmiała, niestety nie udało mi się uwiecznić jak dzisiaj biagała za kolorową piłeczką, ale widok był bezcenny. Te podskoki, zakręty, niesamowita!
Za to na fotelu podczas pieszczot (i sesji zdjęciowej) pierwszy raz pokazała mi śnieżnobiały brzuszek. Świadczy to o tym jak szybko przywiązuje się do ludzi. Myslę, że im szybciej zostanie zaadoptowana, tym równie szybko się tam zadomowi. Oj, widzięczne to kocisko bardzo, choć łase na smakołyki. Gdzie coś do jedzenia, tam i nos naszej Milusi.

półprecel
A tutaj nowe miejsce Peliksa, niewiele wyżej jest tylko sufit. Ma widok na cały świat, a i miękko mu pewnie na tej pościeli ;)


piątek, 16 listopada 2012

I jest!

W końcu doczekaliśmy się naszego pierwszego podopiecznego! Milusia trafiła do mnie, ponieważ woli dogadywać się z ludźmi niż z kotami. W poprzednim domu tymczasowym stworzyła się banda "przeciw Lusi". Biedna, nawet została pozbawiona kawałka sierści, ale całe szczęście już jej ta dziura odrasta. Ze względu na to, że moje osiedle, jak się okazało, jest zagłębiem domów tymczasowych Luśka trafiła do mnie z ulicy obok w środę wieczorem.
Teraz trochę o wyglądzie: do duża kotka- większa od mojego Peljaszki, (śmiesznie to wygląda), biała, z szarą przyłbicą i kapotką. Na pyszczku (mam skojarzenia z sową), makijaż permanentny- pierwsza klasa. Kreska na niebiańsko zielonych oczach niczym u Amy Winehouse. Ma długie łapy i byłaby dość smukła gdyby nie jej zamiłowanie do jedzenia- wszystkiego! Ma urocze kobiece boczki i fałdki pod pachami. Dla miłośników grubych kotów, a znam takich, jest rajem do oglądania. Tak, do oglądania bardziej niż dotykania. Lusia, podejrzewamy z panią K (poprzednią opiekunką tymczasową) mogła być bita lub męczona. Już jest przyzwyczajona do dotyku, ale tylko wtedy kiedy się tego spodziewa. Nie raz już widziałam jak przekomicznie podskakiwała, kiedy przez przypadek kartka papieru spadła jej na nogę. Ale jeżeli chodzi o głaskanie, uwielbia, mruży oczy i wdzięcznie się wygina.
Zadomowienie przeszłaby bardzo szybko, gdyby nie mój Peljaszka. Od razu spacerowała po domu, sprawdziła czy przypadkiem nic nie ma w kuchni. Teraz właśnie leży z błogim wyrazem pyszczka na łóżku, które niedawno odkryła. W tych wycieczkach przeszkadza jej mój czarny diabeł który jest nią tak zafascynowany, że biega za nią czasem na Luśkę wskakując, twierdząc chyba, że to dla zabawy.



Na razie poznaję krok po kroku jej charakter i wprowadzam ją w dietę :)

poniedziałek, 29 października 2012

przygotowania

Razem z Peljaszką, przyszłym kotem rezydentem przygotowujemy się na rozpoczęcie działalności domu tymczasowego. Tak na prawdę, to ja o tym myślę całymi dniami, a on biega po pierwszym śniegu w domu moich rodziców, niczego nie świadom. Za tydzień zadzwonię do fundacji i podpiszę umowę.Spróbuję, trzeba w życiu próbować. Umowa będzie podpisana na czas określony.
Problemem, z którym się borykam jest to, że jestem studentką i nie mieszkam na stałe w Zabrzu. Kiedy mam wolne na uczelni, wracam do domu, często jest to kilka dni, nawet tygodni. Co zrobić z kotem, któremu nie zdąży się znaleźć domu? Moje wątpliwości rozwiała dziewczyna z fundacji, przecież nie tylko studenci wyjeżdżają na kilka dni, każdemu się to zdarza. Domy tymczasowe wyglądają na formę wszechstronnej pomocy: ty nie możesz, ja zajmę się Twoim zwierzęciem, ja wyjeżdżam, ty to zrobisz. Uff..

Przygotowań jako takich nie ma, ponieważ mając już jednego kota, praktycznie wszystko jest. Kuweta, zabawki, drzewo dla kota zrobione ze stolików z Ikei, masa kocyków, leżanek (ukochaną jest ta na lodówce- świetny widok na całe mieszkanie).

 Myślę, że przygotowania prowadzę raczej w głowie, żeby nie zżyć się zbyt z podopiecznym. Ja nie mogę się z nim zżyć, mam limit kotów własnych przekroczony. Nie tylko Peljaszka, który mieszka ze mną w Zabrzu, ale w domu są jeszcze dwa stare koty. Po pierwsze jedzą szalone ilości, zrzucają sierści kilogramy, choć są krótkowłose, a poza tym nie do końca się lubią i "ustawki" składające się z trzech kotów to już okropna jatka. Szczególnie Nikita nie lubi innych kotów, już i tak znajda Peliks nadszarpnął jej nerwów.
Inne sprawy organizacyjne? Karmę i żwirek dla "podopiecznych" będę dostawała od fundacji, dlatego moje wydatki się nie zmienią. Będą wynosiły "równowartość" jednego kota. I ewentualne leczenie fundacja też opłaci. Tylko poproszono mnie o wstawienie moskitiery w okno, mój kot nie ma zapędów "wyskokowych", ale wolałabym nie gonić kota po całym osiedlu.
Układ wydaje się idealny. Jeszcze tylko tydzień tego wyczekiwania!